Ćwiczenia z ateizmu

Na portalu polskiateista.pl prowadzę blog „Ćwiczenia z ateizmu”. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, zamieszczam krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia  – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/   

Pierwszy tekst z cyklu ćwiczeń z ateizmu:

Alvert Jann: Dowód na nieistnienie. Kogo?

Podczas niedawnej debaty na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim jeden z księży profesorów stwierdził, że istnienia boga nie można dowieść, można tylko uzasadnić. Wywołało to konsternację wśród niektórych słuchaczy, ale problem leży w czym innym.

Kościół katolicki wyraźnie odchodzi od podawania jakichkolwiek dowodów i uzasadnień istnienia boga. Mówi się, że wiara nie wymaga uzasadnień, jest zawierzeniem Bogu. Przywoływane są słowa Ewangelii: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29). Inaczej mówiąc, katoliku, chrześcijaninie, masz wierzyć i nie pytać o argumenty, obowiązują cię dogmaty. Dowody to co najwyżej zajęcie dla niektórych teologów.

Czy istnieją krasnoludki?

Pytanie o dowody na istnienie/nieistnienie boga prowadzi do innego ciekawego pytania: Czy można udowodnić, że istnieją krasnoludki? Albo że nie istnieją?

Weźmy po uwagę dwie hipotezy: Pierwsza, krasnoludki istnieją w rzeczywistości, nie są jedynie postaciami z bajek. Druga, krasnoludki nie istnieją w rzeczywistości, to postacie fikcyjne. Która hipoteza jest prawdziwa?

Według zasad logiki, jeżeli ktoś twierdzi, że „coś” istnieje, to na nim spoczywa obowiązek przeprowadzenia dowodu (ciężar dowodu). Jeżeli nie udowodni, jego pogląd nie może być uznany za prawdziwy.

Nikomu nie udało się udowodnić, że krasnoludki istnieją. Dlatego przekonania, że istnieją, nie uznajemy za prawdę. Natomiast „wierzący” uważają, że to prawda, nazywają prawdą wiary. Otóż trzeba powiedzieć, że nie jest to żadna prawda, tylko pogląd podawany do wierzenia. Żeby jakiekolwiek zdanie uznać za prawdę, musi być ono udowodnione albo dobrze uzasadnione, uargumentowane. Jeżeli bardzo wątpliwą tezę nazywa się „prawdą”, to przychodzi na myśl świat orwellowski. Tam nieprawdą nazywano prawdę, i odwrotnie.

Ale czy można udowodnić, że krasnoludki nie istnieją? Niektórzy twierdzą, że w ogóle nie można udowodnić, że coś nie istnieje. To pogląd fałszywy.

Możemy udowodnić, że coś nie istnieje, jeżeli obiekt ten jest w miarę dobrze zdefiniowany (to elementarny wymóg logiki) oraz dobrze poznany jest teren, na którym ma występować. Oto trzy przykłady różnej kategorii. Nie istnieje cadillac będący moją własnością (w życiu codziennym bardzo często udowadniamy sobie i innym, że coś nie istnieje). Inny przykład: Nie istnieje na Ziemi góra wyższa niż Mount Everest. Jeszcze inny: Na Księżycu nie istnieją organizmy biologiczne. We wszystkich podanych przykładach przeprowadzenie „dowodu na nieistnienie” nie nastręcza trudności. Np. o Księżycu wiemy wystarczająco dużo, by twierdzić, że organizmy biologiczne tam nie istnieją.

Jeżeli zdefiniujemy krasnoludki w miarę precyzyjnie jako kilkunastocentymetrowe ludziki zamieszkujące naszą planetę, to z udowodnieniem nieistnienia nie ma problemu. Ziemię znamy na tyle dobrze, by twierdzić, że nie występują tu takie istoty. Ponadto żadne wiarygodne materiały nie potwierdzają ich istnienia. Stwierdzimy natomiast, że krasnoludki występują w legendach, pierwotnie głównie germańskich, a wiemy, że ludzie lubią opowiadać pełne zmyśleń legendy. Wszystko wskazuje, że krasnoludki to zmyślone postacie z legend, nie istnieją w rzeczywistości.

Ale pojawia się poważny problem. Jaki?

Sofizmaty

Według niektórych legend krasnoludki istnieją gdzieś w niedostępnych głębinach Ziemi lub są niewidocznymi duchowymi postaciami, niedostępnymi zmysłom i badaniu. Jak udowodnić, że takie coś nie istnieje? Chwila zastanowienia wystarcza, by powiedzieć, że w opowieściach tych krasnoludki celowo przedstawiane są tak, by ich istnienia lub nieistnienia nie można było stwierdzić. Wtedy łatwiej mówić, że istnieją.

Mamy tu do czynienia ze zmyłką, kuglarską sztuczką, trikiem, krętactwem. Jest to przykład tego, co na gruncie logiki nazywa się sofistyką/sofizmatem, tzn. rozumowaniem czy argumentowaniem z pozoru bez zarzutu, a w istocie zwodniczym i obarczonym błędem logicznym. W starożytnej Grecji i Rzymie celowali w tym często wędrowni filozofowie zwani sofistami, stąd sofistyka to pokrętna, nierzetelna argumentacja. Kiedy jednemu z nich mówiono, że ponieważ wszyscy ludzie umierają, to on także umrze – odpowiedział, że nie, bo jest synem Zeusa, a synowie Zeusa są nieśmiertelni. Logiczne? Niedorzeczne. Dlaczego? Bo twierdzenia, że każdy umrze, jest bardzo dobrze uzasadnione, zarówno indukcyjnie (na podstawie znanych przypadków), jak i w oparciu o znajomość procesów biologicznych.

Pojęcie niedostrzegalnego krasnoludka przebywającego w niedostępnych głębinach Ziemi, to sofizmat. Na czym polega błąd logiczny? Jeżeli mówimy, że jakiś obiekt istnieje, to powinniśmy w miarę ściśle podać jego opis czy parametry. To warunek, by możliwe było potwierdzenie lub zaprzeczenie jego istnienia. Sofistyką, oszukańczym rozumowaniem będzie powiedzenie, że to obiekt niewykrywalny, umiejscowiony celowo tak, by nie móc go badać.

Sofizmatami są takie pojęcia jak istota duchowa, duch, duch doskonały, bóg itp., zadomowione dobrze w wielu religiach. To byty celowo przedstawiane i definiowane w taki sposób, by uniknąć możliwości sprawdzenia, czy w ogóle istnieją. Nie wiadomo co to, gdzie i jak. Nic nie wiadomo.

Wiadomo natomiast, że krasnoludki, bóg i różne istoty duchowe to postacie z legend, z mitologii. Kultywowany dziś Bóg chrześcijan pochodzi z mitów Bliskiego Wschodu, z biblijnych opowieści. Od Ozyrysa, Zeusa i wielu innych różni się tym, że ci nie są już czczeni, przypominają martwe języki, którymi nikt nie mówi. Bóg biblijny, a także np. starożytni bogowie hinduistyczni, mają miliony wyznawców.

Tworzywem, z którego kapłani i religijni filozofowie przez wieki tkali – nie stroniąc od sofistyki – pojęcie boga, były pierwotne wierzenia w niewidzialne duchy, zwidy i siły tajemne. Są to wyobrażenia starsze niż pojęcie boga/bogów, a dziś występują w pospolitych ludowych emocjach.

Charakter sofizmatów lub paralogizmów (paralogizm to rozumowanie obarczone podobnymi błędami logicznymi jak sofizmat, podejmowane jednak w dobrej wierze, a nie jako kuglarska sztuczka) mają pojęcia boga deistów i panteistów, a także utożsamiane z bogiem pojęcia pierwszego poruszyciela, pierwszej przyczyny, nieznanej energii, rozumu kierującego wszystkim i przenikającego wszystko itp. Są to niejasne wizje odnoszące się do nieokreślonej rzeczywistości. Rzeczywistość ta rzekomo istnieje, ale jest niewykrywalna. Sprytnie pomyślane – chciałoby się powiedzieć.

A może jednak istnieje jakaś rzeczywistość nadprzyrodzona? Transcendencja, absolut, siła wyższa? Zwróćmy uwagę, że pojęcia te – utożsamiane z bogiem – mają charakter sofizmatów. Odnoszą się do nieokreślonej, niewykrywalnej rzeczywistości. To sofistyka w pełnej krasie. Taka rzeczywistość nadprzyrodzona jest tylko wydumaną fantazją, tak jak niewidzialny krasnoludek i wiele innych fantastycznych tworów ludzkiej wyobraźni i kultury.

Często, mówiąc o transcendencji lub absolucie, ma się na myśli nieznaną nam hipotetyczną rzeczywistość pierwotną, wieczną, podstawową. Zauważmy, że wtedy pojęcia te nie muszą oznaczać rzeczywistości nadprzyrodzonej; utożsamienie z bogiem, z nadprzyrodzonością jest nieuprawnione. Może to być nieznana nam rzeczywistość pierwotna, ale jak najbardziej przyrodnicza. To tak jak z niewidzialnym promieniowaniem rentgenowskim, przenikającym przez wszystko niczym duch. Było nieznane jeszcze w połowie XIX, zostało odkryte i zbadane na przełomie XIX/XX w. Nikt poważnie nie twierdził, że to jakaś rzeczywistość nadprzyrodzona.

Słowo na zakończenie

Słyszymy dość często: nie można udowodnić, że bóg nie istnieje. To nieprawda.

W jaki sposób można udowodnić jakąś tezę? Po pierwsze, można to zrobić dedukcyjnie, tzn. wywodząc z przyjętych założeń lub udowodnionych już twierdzeń. I po drugie, można dowód przeprowadzić wskazując bardzo mocne uzasadnienie, argumenty. Droga dedukcyjna nie jest możliwa w przypadku tezy o istnieniu/nieistnieniu boga. Pozostaje uzasadnienie, argumentacja. Tą drogą udowodniliśmy, że nie istnieją krasnoludki. A jak jest z bogiem? Trzeba powiedzieć jasno, wszystko wskazuje, że boga nie ma; nic nie wskazuje, że istnieje. Oto uzasadnienie w skrócie: 

Po pierwsze, pojęcie boga jest celowo przedstawiane niejasno, by łatwiej było mówić, że może jednak w nieokreślonej postaci i nieokreślonym miejscu bóg istnieje.

Po drugie, pojęcie boga to niedorzeczność, obciążone jest wewnętrzną sprzecznością, ma wszelkie cechy sofizmatu (triku, kuglarskiej sztuczki). Cała teologia sofizmatami stoi. Według teologów bóg istnieje obiektywnie, ale nie ma żadnych właściwości obserwowalnych pośrednio lub bezpośrednio, jest niewykrywalny, nazywa się go duchem doskonałym. To absurd, a zarazem chytry wybieg, w którym można dostrzegać chęć oszustwa. Taka istota nie może istnieć, tak jak nie istnieje kwadratowe koło. Bóg to tzw. pojęcie puste, pozbawione desygnatów, tj. obiektów istniejących realnie.

I po trzecie, badania historyczne i religioznawcze wskazują, że bóg to pojęcie mitologiczne, postać fikcyjna. Zostało wykreowane w kulturach Bliskiego Wschodu, tak samo jak Ozyrys, Zeus i inni, a następnie przetworzone przez wieki w toku sofistycznych zabiegów. Nie ma żadnych dowodów i uzasadnień wskazujących, że te mitologiczne postacie istniały lub istnieją w rzeczywistości.

Powyższe trzy punkty zawierają wystarczający dowód na nieistnienie boga. A przed teologami stoi karkołomne zadanie, jak dowieść/uzasadnić, że istnieją aniołowie, szatan, niebo, piekło, dusza nieśmiertelna. Nie da się tego zrobić.

Alvert Jann

* Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/ 

Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia”.

Reklamy

Jak zostałem ateistą

W mojej katolickiej rodzinie i wśród sąsiadów katolicyzm był „naturalnym” społecznym otoczeniem. W katolicyzm się wrastało, dzieci chodziły do kościoła, rodzice pilnowali spowiedzi, dziecko nie miało szans nie być katolikiem, nie chodzić na religię, nie odmawiać pacierza, nie wierzyć w Boga. W tym małym polskim miasteczku dla zdecydowanej większości mieszkających tam ludzi religia była oczywistym i bezalternatywnym sposobem życia społecznego i prywatnego. Pamiętam, że czasami straszono dzieci Bogiem. Jak było słychać grzmoty, które budziły w dzieciach naturalny niepokój,  jacyś sąsiedzi – chyba jednak nie moi rodzice – mówili, że to Bozia grozi. Ten katolicyzm był religią „prawdziwą” w tym sensie, w jakim niektórzy religioznawcy mówią, że niezbędnym składnikiem wiary religijnej jest lęk przed jakąś niepojętą siłą.

Wiele lat później zdałem sobie sprawę, że w tej religijności pojawiały się jednak już wtedy  oznaki korozji.  Coś się niepostrzeżenie zmieniało. Moja matka wspomniała kiedyś, że w domu dziadków przed każdym posiłkiem odmawiano modlitwę. U nas w domu tego nie było,  dzieci odmawiały pacierz, ale przed posiłkami modlitwy nie było. Czy to o czymś świadczy? Może tak. Oczywiście były kultywowane takie zwyczaje, jak choinka bożonarodzeniowa, święconka wielkanocna, podejmowanie księdza po kolędzie. Pamiętam do dziś, jak tłusty proboszcz pogłaskał mnie po główce. Wydawało mi się, że ma tłustą rękę i jakiś wstręt czuję do dziś ( może księża zrozumieją, że dla wielu dzieci to żadna przyjemność być głaskanym po główce – i może przestaną).

Jako dziecko byłem więc wierzący, Bóg dla mnie istniał chyba tak samo, jak w ogóle świat, rodzice, domy i krzesła. Ale w tej oczywistej religijności coś zaczęło się kruszyć bardzo szybko, gdy miałem około czternastu lat. Dzieci dość wcześnie zaczynają rozumieć, że nie wszystko, co ludzie mówią, to prawda. Są przecież bajki i dość małe dzieci wiedzą już, że oto coś może być naprawdę, albo też jest zmyślone, jest fikcją literacką, chociaż tego mądrego terminu nie używają. Dzieci dowiadują się dość szybko, że św. Mikołaj to przebrany tata lub wujek. Zaczynają rozumieć, że na świecie jest prawda oraz fałsz, zmyślenie i kłamstwo. Ja i moi rówieśnicy dowiadywaliśmy się, że to nie bociany przynoszą dzieci, jak nam mówiono, ale rodzą się one w jakiś tajemniczy sposób. Piszę o tym, bo była to sprawa doniosła w procesie narastania przekonania, że dzieci są oszukiwane, że nie mówi się im prawdy o świecie. Oglądając  nawzajem narządy płciowe, a także wykonując  różne heteroseksualne eksperymenty, my, chłopcy i dziewczynki, nie od razu mogliśmy pojąć, że może mieć to związek z zapładnianiem i ciążą. Dość szybko jednak stało się to wiedzą powszechną i pomogły w tym mądre książki, które wyjaśniały w sposób budzący zaufanie i bez pomijania seksualnych szczegółów, skąd się biorą dzieci.  Ta prawdziwa wiedza nie pochodziła ani  od rodziców, ani od katechetów. Kim byli ci, którzy mówili prawdę? Myślę, że narastało we mnie, i chyba nie tylko we mnie, przekonanie, że jest też jakaś wiedza niezakłamana, nieoszukańcza, wiarygodna, nie będąca kłamstwem stworzonym dla dzieci. Ta wiedza pochodzi ze świata nauki. Myślę, że dziecko dorastając ma wiele innych okazji, żeby zrozumieć, że na  świecie jest prawda i kłamstwo, a nauka jest najbardziej wiarygodnym źródłem wiedzy o świecie.

W moim chłopięcym umyśle rodziło się przekonanie, że opowieści o Bogu, niebie, duszy, duchach, aniołach, diabłach, cudach są nieprawdziwe. Zacząłem się wstydzić, że chodząc do kościoła jakbym potwierdzał, że w te nieprawdziwe historie wierzę. Czułem wstyd, że w coś takiego można wierzyć. Gdy byłem w liceum, przestałem chodzić do kościoła. Nie chciałem o tym mówić rodzicom chyba nie ze strachu, a raczej by nie sprawiać im przykrości i zmartwień. Z naszego domu do kościoła było ze dwa kilometry, wychodziłem sobie sam i zamiast do kościoła, łaziłem po okolicy przez dwie godziny. A właściwie jeździłem rowerem. Rower był u nas w powszechnym użyciu, jeździłem nim także do szkoły, ale nigdy nie zdarzyło mi  się wagarować. Wagarowałem natomiast udając przed rodzicami, że jestem w kościele.

Byłoby dla mnie czymś odpychającym stać w kościele w tłumie ludzi i uczestniczyć w jakimś przedziwnym kulcie nieprawdy, fałszu. Dziwiłem się poniekąd, że ludzie mogą w te zmyślone „prawdy wiary” wierzyć, że mogą uczestniczyć w czymś takim, co jest z gruntu fałszywe. Wstydziłem się być w kościele, uczestniczyć w kłamstwie.  Oczywiście już wtedy przestałem odmawiać pacierz, bo w tej sytuacji stał się on całkowitym nonsensem.

Gdy byłem już na studiach, rodzice jakoś zorientowali się, że jestem niewierzący. Nie robili mi z tego powodu wyrzutów, nie wytykali. Czy to też objaw korozji religijności, tak jak niemodlenie się przed wspólnymi posiłkami? Nie wiem. Rodzice byli z pewnością wierzącymi katolikami, takimi jak zdecydowana większość katolików w Polsce. Matka mówiła czasami, że musi być ktoś, kto stworzył świat. To Bóg. Z różnych drobnych zdarzeń, także dużo późniejszych, wynika – mogę to zdecydowanie powiedzieć – że rodzice moi byli osobami wierzącymi, wierzyli w świat nadprzyrodzony, w niebo i potępienie. JP2 budził w nich najwyższe uznanie, chociaż widzieli w nim nie tylko papieża, ale może bardziej wielkiego Polaka podnoszącego wartość naszego narodu w oczach świata. Ale tacy są polscy katolicy powszechnie.

W liceum stałem się nieco arogancki, potrafiłem mówić, że cudów nie ma i uchodziłem za niewierzącego w Boga. Nie przeszkadzało to mi w kontaktach z rówieśnikami, być może budziło nawet ciekawość. Nie byłem szczególnie pilnym uczniem, ale lubiłem trochę zagłębiać się w lektury, starałem się zrozumieć jakby do końca i bezinteresownie to, co było ciekawego nawet w podręcznikach szkolnych. Jedno zdarzenie, wiążące się z religią, mam w pamięci. Siedziałem w swoim pokoju i czytałem podręcznik fizyki. Nie lubiłem wzorów matematycznych, ale  – jak dziś mógłbym to określić – starałem się zrozumieć świat. Mam oczywiście problem z napisaniem, co czułem tamtego wieczora, ale spróbuję. Zrozumiałem wówczas, że jesteśmy częścią wielkiego wszechświata, którego nie jesteśmy w stanie do końca pojąć.

Coraz wyraźniej nabierałem przekonania, że świat nie ma nic wspólnego z Bogiem, o jakim mówili księża, i z nadprzyrodzonością, w którą zdawali się wierzyć powszechnie ludzie. Boga po prostu nie ma. Nie ma również tzw. Boga fizyków lub filozofów. Pojęcie takiego Boga wydawało mi się chyba nadużyciem słowa „bóg” i rodzajem kłamstwa. Jeżeli ma to być jakiś nieokreślony Bóg fizyków czy filozofów, to co on ma mieć wspólnego z Bogiem z powszechnie znanych nam religii? Nic.

Mógłby ktoś powiedzieć, że równie dobrze w ten sam sposób ktoś inny mógłby uwierzyć w Boga. Może mógłby, ale nie zgadzam się z sugestią, że są to opcje porównywalne. To tak jakby powiedzieć, że  nie ma różnicy, czy ktoś zrozumiał, że 2×2=4, a ktoś inny że 2×2=kot, takie miłe zwierzę. W pierwszym wypadku jesteśmy na gruncie logiki i rozumowanie nasze ma walor prawdy, w drugim wypadku jesteśmy w świecie absurdu, nonsensu.

Myślę, że już wtedy dość wyraźnie uznawałem, że to nauka dostarcza wartościowej wiedzy o świecie – i że wiedza naukowa jest zasadniczo czymś innym, niż dociekania teologów, wiedza objawiona czy coś podobnego. I też chyba wtedy nabrałem przekonania, że wprawdzie wiedza naukowa nie wyjaśnia wszystkiego, ale za to religia i teologia nie wyjaśnia niczego (nic nie wyjaśnia). Zdawałem sobie sprawę z ograniczeń wiedzy naukowej, ale też z jej wartości i znaczenia jako sposobu poznawania świata. Zaś religię i teologię zacząłem postrzegać jako wiedzę pozbawioną jakichkolwiek podstaw, nieprawdziwą, fałszywą w każdym punkcie. Odwołując się do dziecięcych wyobrażeń,  religia i teologia zyskiwała dla mnie ten sam status, jak opowieści o bocianach przynoszących dzieci, i o krasnoludkach. Rozumiałem funkcje społeczne religii, zarówno pozytywne, jak i negatywne, ale widziałem ją jako zbiór poglądów nieprawdziwych. Wierzyć w Boga, w tzw. prawdy wiary, to żyć w kłamstwie.

Czy licealista mógł do takich wniosków dojść? Czy nie jest to rzutowanie moich dzisiejszych poglądów w przeszłość? Proszę mi wierzyć, licealista, który będzie trochę czytał i zastanawiał się nad religią i etyką, jest w stanie dojść do takich wniosków. Nie musi być kimś nadzwyczajnym. Wtedy i teraz nie ja jeden w tym wieku dochodziłem do takich przekonań.

Powiem coś więcej i nie będzie to rzutowanie moich dzisiejszych wyobrażeń w przeszłość. Już wtedy, w liceum, arogancko myślałem, że wiem, co jest dobre, a co złe. I żadna religia nie jest do tego potrzebna. I nie jest prawdą, jak mówią religianci, że ateista sam sobie dowolnie chce  wymyślać zasady etyczne. Zasady te zostały wypracowane przez ludzi w toku rozwoju kultury, a precyzuje je etyka świecka niezależna od religii i kościołów (już wtedy wiedziałem, co to jest etyka niezależna). Nie wybieramy sobie dowolnie zasad etycznych, zostały one wypracowane zbiorowym wysiłkiem przez ludzi i są przekazywane w drodze socjalizacji, tj. szeroko rozumianego wychowania i uczenia się. Nie są objawione przez jakiegoś boga, ani nie mają charakteru absolutnego w tym znaczeniu, że zostały ustanowione przez wszechmocnego Boga, który nadał im charakter obiektywny, niezależny od ludzi. Nie jest też tak, że ludzie przestaną przestrzegać zasad etycznych, jeżeli nie będą wierzyć w Boga i w absolutny charakter tych zasad. Wiara w Boga nie sprawia, że wierzący przestrzegają norm moralnych, bo potrafią oni te normy odpowiednio naginać, pokrętnie interpretować, tak że nawet  palenie na stosie stawało się etyczne. Wierzący, także księża, potrafią bez większego problemu łamać normy religijne i etyczne. Liczą na to, że Bóg im wybaczy? Nie wierzą dostatecznie? W ogóle nie wierzą? Nie wiem, nie siedzę w ich skórze. Powtórzmy, jeżeli   ludzie dobrowolnie przestrzegają norm etycznych, to czynią tak dlatego, że przyswoili sobie te normy w drodze socjalizacji, tj. szeroko rozumianego wychowania i uczenia się, a nie dlatego, że zostały ustanowione przez Boga i są absolutne czy obiektywne. Na pewno myślałem tak już wtedy, w liceum, chociaż może wówczas powiedziałbym to nieco inaczej, krócej.

Gdybym dziś miał najkrócej powiedzieć, dlaczego zostałem ateistą, co mógłbym powiedzieć? Stałem się ateistą, bowiem zrozumiałem, że religia nie ma nic wspólnego z prawdą, a  bóg nie istnieje. Sądzę, że w umyśle człowieka przekonanie to zyskuje się w ten sam sposób, jak przekonanie – powtórzę ten przykład – że 2×2=4, a nie coś tak sympatycznego jak kot. Dlaczego nie wszyscy dochodzą do tego przekonania? Dlaczego ja doszedłem? Może być wiele powodów i nie chciałbym odpowiadać na te pytania.

Alvert Jann

* O ateizmie, religii i nauce piszę na blogu „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/